ISLANDIA, MAJ 2022

Islandia zawsze była na liście moich marzeń. Gdy dwa lata temu wybuchła pandemia i Świat zamarł wraz z nią umarły wszystkie loty a nasza podróż, którą zaplanowaliśmy na majówkę 2020 w sekundę przeszła ponownie do stanu marzeń – niestety. Na szczęście część poniesionych kosztów nam zwrócono, ale niespełniona podróż to jednak o wiele większa strata, tym bardziej, że długo planowana.

Na szczęście ten rok okazał się dla nas łaskawy i na majówkę spakowaliśmy górskie buty, ciepłe kurtki i ruszyliśmy na spotkanie z naturą.

Bilety, za które w 2020 mieliśmy wydać jedynie 2 tyś. zł za cztery osoby okazały się śmiesznie tanie w zderzeniu z 5 tys., które wydaliśmy w tym roku. Nie był to niestety jedyny szok cenowy podczas tej podróży. Wydawało się, że wiedzieliśmy doskonale o tym jak drogie jest życie na Islandii, ale jak się okazało nie do końca.

Trochę martwiłam się pogodą bo prognozy nie były optymistyczne, ale chyba mamy do niej szczęście. Zamiast deszczu lotnisko w Keflaviku przywitało nas pogodnym niebem.

Plan czterodniowego zwiedzania mocno skurczył się nam do objazdu jedynie południowej części Islandii. Wynajętym autem, późnym wieczorem dotarliśmy do Hveragerði, gdzie mieścił się nasz pierwszy hotel – Hotel Örk. Spędziliśmy w nim jeden dzień. Czteroosobowy pokój, urządzony w skandynawskim stylu był idealny. Niestety dotarliśmy do niego zbyt późno i hotelowa restauracja była już nieczynna. Jedyne miejsce, które jeszcze funkcjonowało to stacja benzynowa… na szczęście super zaopatrzona w gotowe kanapki. Uratowała nam wieczór i była w sumie pierwszym zapoznaniem z islandzkimi cenami.

Szukając noclegu na Islandii, skupiałam się na tym, żeby po pierwsze były blisko trasy a po drugie, żeby zapewniały nam śniadania. Nie ma chyba nic gorszego niż myśleć o tym, że trzeba rano zrobić śniadanie, posprzątać po nim i zaplanować kolejne w ciągu zaledwie czterech dni, które wolę przeznaczyć na spakowanie się i przemieszczenie do następnej lokalizacji. Każdego dnia spaliśmy w innym hotelu i od strony organizacyjnej wpłynęłoby to na pewno na uszczuplenie ilości czasu przeznaczonego na zwiedzanie. A na to oczywiście nie mogliśmy sobie pozwolić.

Pierwszy dzień. Po śniadaniu spakowaliśmy się do auta i jadąc popularnym szlakiem Golden Cirkle rozpoczęliśmy od wizyty w Haukadalur. Haukadalur to dolina geotermalna, na terenie której mieszczą się źródła i gejzery w tym słynny Geysir oraz aktywny Strokkur. Historia wielkiego, wybuchającego gejzeru sięga 1294 roku. Aktywowany przez trzęsienia ziemi stał się niewątpliwie wizytówką Islandii i każdego roku odwiedzają go tysiące turystów z całego świata. Strokkur wybucha co pięć do dziesięciu minut, wyrzucając przy tym ze swojego wnętrza wodę.

Gejzer widać już z drogi i wystarczy przeznaczyć na niego około 20 minut. Pierwszy wybuch przestraszył nas bo w sumie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Można obejść go i obserwować z każdej strony.

Geysir stał się nieczynny przez to, że wlano do niego mydło. Miało to dodać dramaturgii wybuchom a tymczasem uszkodziło system odpowietrzeń i efekt był przeciwny do zamierzonego. Dlatego teraz wokół czynnego gejzeru postawiono bariery. W internecie można jednak przeczytać wzmianki o artyście, który próbował pokolorować wybuchy na różowo dolewając różowego barwnika do gejzeru. Przykre, że człowiek w tak bezmyślny sposób potrafi zniszczyć naturę. Dolina geotermalna jest miejscem szczególnym i niespotykanym w naszej szerokości geograficznej.

Drugim miejscem naszej wycieczki był wodospad Gullfoss. Tworzy go woda z rzeki Hvítá opadająca do kanionu Gullfossgjúfur. Hvítá jest rzeką lodowcową, której woda płynie pokonując 40 km po to by z impetem spaść z wysokości kilkunastu metrów (latem spada około 140 metrów sześciennych wody na sekundę więc siłę tego wodospadu można odczuć stojąc w pobliżu). Gullfoss to największy, złożony z dwóch kaskad wodospad na Islandii.

Historia Islandii ma swoje korzenie w tradycjach celtyckich i wikingów i podobnie jak w Polsce większość miejsc ma swoje legendy. Nazwa wodospadu oznacza „złoty wodospad”. Legendy mówią o dzbanie złota wrzuconym przez starego wikinga do wód wodospadu. Gdy po deszczu na niebie pojawia się tęcza nad wodospadem, wskazuje ona miejsce ów skarbu i czeka na śmiałka, który wydobędzie go z wody. Ciekawostką z pewnością jest fakt, że prócz legend mieszkańcy Islandii wierzą w istnienie elfów.

Obok wodospadu znajduje się sklep z pamiątkami. Można w nim kupić lokalne produkty, ale również kawę, zupy, kanapki.

To co bardzo miło mnie zaskoczyło to fakt, że w każdej restauracji woda do picia przygotowana była razem z czystymi szklankami i dostępna za darmo.

Najedzeni ruszyliśmy dalej. Po drodze natrafiliśmy na Kerið, wulkaniczne jezioro kraterowe. Nie mieliśmy w planie zwiedzania, ale Islandia ma to do siebie, że przemierzając powulkaniczne krajobrazy południowej części kraju już z daleka widać ciekawe punkty a przejeżdżając tak blisko, żal nie zatrzymać się choć na chwilę. Jezioro ma 55 metrów głębokości i można obejść je dookoła. Położenie 15 km od Selfoss sprawia, że jest chętnie odwiedzane przez turystów. Wstęp jest płatny.

Jadąc dalej trafiliśmy pod wodospad, który chyba zna cały świat bo jest to najwdzięczniejszy ze wszystkich wodospadów jakie widzieliśmy. Dodatkową atrakcją jest to, że można oglądnąć go z każdej strony. Dopinając szczelnie kurtki przeciwdeszczowe weszliśmy najpierw po schodach w jego pobliże po to by wśliznąć się kamienną ścieżką tuż za niego. Przydały się długie, nieprzemakalne płaszcze, które ochroniły nas choć trochę przed lejącą się z góry wodą. Wyszliśmy trochę mokrzy, ale frajda była wielka.

Ostatni wodospad jaki oglądaliśmy to Skógar. Można podziwiać go z góry i z poziomu wody.

Zostawiając wodospady w tyle pojechaliśmy na spotkanie z czarną plażą Reynisfjara niedaleko miejscowości Vik. Plaża okryta jest złą sławą przez ilość śmierci wśród turystów, którzy w pogoni za najlepszym zdjęciem pomijają potęgę oceanu i giną wśród zdradzieckich fal. Znaki przed wejściem informują w jaki sposób należy zachowywać się na plaży. Nigdy nie można odwracać się tyłem do fal i trzeba mieć je zawsze w zasięgu wzroku, szczególnie podczas przypływu i złej pogody.

Mieliśmy wyjątkowe szczęście bo lepszej pogody na odwiedzenie tego miejsca nie mogliśmy sobie wymarzyć. Reynisfjara jest najładniejszą plażą z czarnym piaskiem na Islandii, a przez National Geographic została również okrzyknięta jedną z 10 najładniejszych plaż położonych z dala od klimatu tropikalnego. Bazaltowe skały, które pojawiły się w tym miejscu są wynikiem pękania lawy, która po wybuchu wulkanu zaczęła szybko stygnąć w klimacie lodowcowym. Legenda głosi, że dawno temu, trole uprowadziły kobietę, której mąż w akcie rozpaczy zamroził je. Są teraz przestrogą dla innych. Inna legenda mówi o trolach, ciąglących za sobą statek o trzech masztach. Ciągnęły go tak długo, że zmieniły się w kamień.

Vik to typowa wioska, którą zamieszkuje ok 400 osób. Nie sposób ją ominąć bo prowadzi do niej jedna droga. Na wzgórzu ponad miejscowością góruje kościół z czerwonym dachem i jest to zdaje się jedno z najbardziej znanych miejsc w okolicy. Znany nie tylko poprzez swoją urodę, ale też przez to, że w razie wybuchu pobliskiego wulkanu Katla jest to punkt zbiorczy wszystkich osób, które przebywają w pobliżu. W przypadku wybuchu każdy otrzymuje informację o tym co ma ze sobą zabrać i w ciągu kilkunastu minut wszyscy muszą zgromadzić się pod tym właśnie kościołem. O dziwo podczas erupcji wiosce nie zagraża lawa, ale powódź. Katla przykryta jest śniegiem i lodem, który w ciągu kilku minut od wybuchu stopi się, uwalniając olbrzymie ilości wody. Mieszkańcy muszą więc zebrać się na wzgórzu by ocenić, z której strony nadejdzie niebezpieczeństwo i wybrać drogę ucieczki. A tych dróg tak na prawdę nie ma wiele bo jest jedna, za to w dwóch kierunkach. Wybór właściwej jest więc istotny z punktu widzenia przeżycia kataklizmu. Każdy mieszkaniec opuszczając swój dom musi umieścić w oknie dużą żółtą kartę informacyjną na znak, że nie ma nikogo w domu i ratownicy mogą nieść pomoc innym potrzebującym, nie tracąc czasu na przeszukiwaniu opuszczonych domostw. Niebezpieczeństwo wybuchu wulkanu jest wysokie. Katla po raz ostatni wybuchła w 1918 roku i wylaną lawą zmiotła z powierzchni wszystko w południowej części Islandii. Od IX wieku wybuchała aż 21 krotnie i jest aktywnym wulkanem. Świadomość, że obcowaliśmy z taką potęgą może napełniać przerażeniem … bardzo podziwiam wszystkich, którzy mieszkają w sąsiedztwie tego wulkanu.

Nocleg spędziliśmy w Hotelu Katla. Składa się on z kilku budynków mieszkalnych i budynku restauracyjnego. Standard bardzo fajny i przepyszne jedzenie. Jak się okazało polska obsługa i zdolny islandzki kucharz sprawiły, że nasz pobyt był idealny.

Z Vík í Mýrdal pojechaliśmy dalej do celu naszej podróży. Po drodze zatrzymaliśmy się by z daleka pooglądać lodowiec, ułożyliśmy stosik z kamieni i ruszyliśmy dalej.

Tworząc listę miejsc, do których chciałabym trafić na mojej liście TOP10 znajdowało się jezioro lodowcowe lub lodowiec. Naturalnym więc było , że musimy zobaczyć Jökulsárlón  na własne oczy. Sam proces tworzenia jeziora nie jest historycznie dość odległy. Lodowiec Breiðamerkurjökull w latach 30-tych XX wieku zaczął się topić. Cofnął się na tyle, że powstało jezioro, na chwilę obecną najgłębsze, naturalne jezioro lodowcowe na Islandii mające głębokość 285 metrów. Kształt lodowych bloków skalnych zmienia się z sekundy na sekundę. Pękający lód wydaje przeraźliwy trzask, który w obliczu ocieplenia klimatu napawa smutkiem. Z pewnością za kilka lat jezioro będzie miało inny kształt a lodowiec skurczy się jeszcze bardziej. Zatoka jest domem dla fok. Przepływają spokojnie wśród dryfującego lodu, który wpływa wprost do oceanu, pozostawiając okruchy na Diamentowej Plaży.

Lagunę można podziwiać na wyciągnięcie ręki z pontonu lub amfibii. Wycieczkę wykupuje się bezpośrednio na miejscu. Mieliśmy w planach z niej skorzystać, ale jednak zrezygnowaliśmy bo widok z brzegu był dla nas wystarczająco piękny. Każdego roku do laguny wpada około 300 metrów sześciennych lodu a lodowiec cofa się o 50 metrów. Jeśli ktoś ma wyjątkowe szczęście to może być świadkiem cielenia się lodowca, czyli odrywania wielkiego elementu lodu, który wpada do jeziora.

Noc spędziliśmy w Fosshotel Glacier Lagoon. Idealnie blisko, z polską obsługą w recepcji i restauracji ( chyba już mnie to nie powinno dziwić a jednak dziwiło za każdym razem gdy spotykaliśmy polską obsługę), przepyszne śniadanie, bardzo nowoczesne wnętrza…. wszystko na świetnym poziomie. W hotelu spędziliśmy jedną noc.

Gdy dzieci jeszcze spały, pojechaliśmy jeszcze raz nad zatokę lodowcową, żeby przy porannym świetle zobaczyć mieniące się bloki lodu. Z widoku, który podziwialiśmy poprzedniego dnia niewiele zostało bo słońce rozpuściło większość wielkich brył. Zastaliśmy zupełnie inny widok. Gdybym jednak miała polecać to bardziej urzekające kolory mogliśmy obserwować przy zachmurzonym niebie. Wszystkie kolory niebieskiego mieszały się z bielą i turkusem. Dla moich oczu – magia!

Po śniadaniu spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną. I choć leniwie to wszystko nam szło to nie patrząc zbytnio na zegarek zatrzymywaliśmy się co jakiś czas by nacieszyć oko spokojem i sielanką islandzkiej natury.

Kierując się w stronę stolicy postanowiliśmy zobaczyć rzecz, której nigdzie indziej byśmy nie zobaczyli. Wykupiliśmy bilety na Lava Show w Vik i były to najlepiej wydane na Islandii pieniądze. Pokaz zaczynał się wystąpieniem geologa, który w bardzo ciekawy i szczegółowy sposób opowiadał o procesie tworzenia się lawy o tym jak stygnie i jakie zniszczenia ze sobą niesie. Opowiadał o drogach ewakuacji podczas erupcji wulkanu, ale również o samym wulkanie ( Katla). Wulkany na Islandii wybuchają tak często, że miejscowi dokładnie wiedzą kiedy to nastąpi i jak mają się zachować. Po występnie każdy uczestnik otrzymał kawałek bazaltu na pamiątkę. Żeby show się udało, lawa musi być podgrzewana w specjalnym piecu przez około 5h. To pokazuje jakie siły drzemią na dnie wulkanu.

Po spotkaniu z lawą w miejscowej restauracji zjedliśmy pyszne zupy, popiliśmy wszystko niezdrową pepsi i z ręką na sercu możemy to miejsce polecić, oczywiście dodając, że bar prowadzony jest przez nikogo innego jak polską rodzinę 🙂

Lista miejsc do odwiedzenia wskazywała, że przyszła kolej na gorące źródła. Kolejna noc miała upłynąć nam w hotelu z widokiem na wzgórze otoczone gorącymi strumykami. Hotelu Frost & Fire nie polecę nikomu za żadne skarby świata. Byliśmy zawiedzeni jakością usługi i był to najgorszy hotel w jakim do tej pory się zatrzymaliśmy a podróżujemy z dziećmi od kilkunastu lat. Śniadanie mieli dobre, ale to chyba jedyne pozytywne słowa jakie mogę powiedzieć o tym miejscu.

Całe szczęście nie przyjechaliśmy w tę okolicę po to by siedzieć w hotelu a żeby podziwiać dolinę Reykjadalur, której nazwa to nic innego jak „Dolina parowa”. Całość jest częścią obszaru geotermalnego należącego do wulkanu Hengill. W dolinie znajdują się gorące źródła, błotne baseny i gorąca rzeka, która staje się cieplejsza w miarę wędrówki w górę doliny. Miejsce przyciąga wszystkich amatorów kąpieli bo woda o każdej porze jest ciepła. Trzeba jednak uważać bo niektóre źródła są zaskakująco gorące i można się poparzyć.

Na koniec zostawiliśmy sobie zwiedzanie stolicy. To taki punkt na mapie, który gdybyśmy nie mieli czasu z chęcią mogłabym skreślić. Zdjęcie z tęczową ulicą Skólavörðustígur  w centrum to chyba konieczność. Ulicę pomagał malować sam burmistrz Rekjaviku na okoliczność parady, ale szybko stała się symbolem i teraz przyciąga turystów.

Będąc w stolicy Islandii z dziećmi bardzo polecam skorzystać z Fly Over Iceland. Atrakcja na miarę XXI wieku. Przygoda zaczyna się baśniowym wprowadzeniem na bazie islandzkich legend i wierzeń, potem przechodzi się do sali poświęconej środowisku naturalnemu po to by ostatecznie znaleźć się w fotelach, które wynoszą turystę ponad ziemię symulując przelot nad Islandią. Wykorzystana technologia sprawia, że rzeczywiście można poczuć się jak ptak szybujący nad najciekawszymi miejscami.

W drodze na lotnisko chcieliśmy sprawdzić, czy Blue Lagoon warta jest by wydać na nią tyle pieniędzy. Nie kupowaliśmy biletów wcześniej bo spodziewaliśmy się deszczu, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się zaglądnąć tu na chwilę. Pan w recepcji poinformował nas, że mamy wyjątkowe szczęście bo zazwyczaj nie ma szans na to by wejść do laguny z ulicy, bez biletu wykupionego kilka tygodni wcześniej przez internet. Wszystko przygotowane jest tak, by każdy znalazł dla siebie odpowiednią opcję pobytu. Ręczniki i szlafroki można wykupić razem z odpowiednim pakietem przy wejściu. Wszystko działa jak na zwyczajnym basenie.

Pokręciliśmy się trochę, porobiliśmy zdjęcia, wypiliśmy drinka, na maseczkę nie mieliśmy ochoty. Gdybym miała wybrać to miejsce powtórnie to chyba darowałabym sobie taki wydatek.

Zjedliśmy obiad w restauracji, pooglądaliśmy jeszcze Blue Lagoon przez wielkie restauracyjne okno i uznaliśmy, że jak na odpad produkcyjny z pobliskiej elektrowni to miejsce zostało wykorzystane idealnie. Laguna znana jest na całym świecie i stała się niewątpliwie największą atrakcją Islandii.

W drodze na lotnisko zajrzeliśmy jeszcze do Muzeum Vikingów, ale niestety było już zamknięte więc oglądnęliśmy wszystkie eksponaty dostępne pod gołym niebem.

Bardzo zadowoleni wróciliśmy z Islandii do Polski. Najbardziej mnie cieszy, że mogliśmy pokazać dzieciom kolejny kawałek świata, który za kilka lub kilkanaście lat z pewnością zmieni się w turystyczną Mekkę bo już dziś można zobaczyć jak wielkim zainteresowaniem cieszy się Islandia.

Na koniec pozostawiam trochę informacji dotyczących samego wyjazdu:

  1. Podróżowaliśmy samolotem z WIZZ, który oferował najniższą cenę za lot w okresie majówki. Koszt 5000 zł dla czterech osób wraz z wykupieniem miejscówek w samolocie i bagażem rejestrowanym.
  2. Przykładowe ceny: Prince Polo 525 ISK ( ok. 17 zł), hamburger (ok. 100 zł), zupa (ok. 80 zł), karton płatków cheerios 759 ISK ( ok. 25 zł ), suszone mango 100g 429 ISK ( ok. 14 zł ), benzyna 303 ISK ( ok. 10 zł /1l ), magnes na lodówkę 790 ISK ( ok 26 zł)
  3. Przykładowe ceny w restauracjach hotelowych ( Foss hotel) : Porcja jagnięciny 6200 ISK ( ok. 204 zł), Porcja dzikiego łososia grillowana 4890 ISK ( ok.160 zł ), Polędwica wołowa 6890 ISK ( ok. 227 zł),Desery ( ciasto marchewkowe, ciasto czekoladowe lub lody w jednej cenie) 2190 ISK ( ok. )
  4. Ceny zup w Vik w The Soup Company : Zupa lawa 2890 ISK ( ok. 95 zł)
  5. Wstęp do Blue Lagoon – pakiet zawierający ręcznik, maseczkę z glinki i napój to koszt ok. 8490 ISK ( ok. 280 zł za osobę), cena zależy od godziny wejścia.
  6. Wstęp do Flyover Iceland : 4990 ISK ( ok. 165 zł) /dorośli, 2495 ISK ( ok. 82 zł) / dzieci
  7. Wstęp do Lava Show w Vik : 3990 ISK ( ok. 132 zł ) /osobę
  8. Oglądanie wodospadów, gejzerów, gorącej rzeki – darmowe
  9. W wielu miejscach w sklepach i restauracjach dostępna jest darmowa woda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s